czwartek, 20 września 2012

Douglas Absolute Nails - Fireworks

Jedna z wielu, naprawdę wieeeelu podróbek Peridota od Chanel. W sumie to trudno mówić tu już o podróbkach - z tego zrobił się po prostu kolor lakieru taki sam jak czerwony, czy niebieski :D Spośród tak wielu różnych lakierów za moją ulubioną wersję uznałam tą, która chyba najmniej wygląda jak oryginał :)




Odcień stworzony przez Douglasa to moim zdaniem najbardziej udany ze wszystkich. Ładniejszy niż oryginalny Peridot ;) Fireworks jest cieplejszy - odcień złota jest bardziej żółty, może nawet lekko przechyla się w stronę rudości. W oryginalne mamy za to zielonkawe złoto, które gryzie się z odcieniem moich dłoni. Szczęśliwa jestem, że udało mi się odkupić ten lakier, bo jego znalezienie w Douglasie to już niemożliwość. 




To drugi mój lakier Douglasa i ponownie mogę o nim powiedzieć, że jest naprawdę dobry.Co prawda życzyłabym sobie, żeby pędzelek miał jednak lekko zaokrąglone końce, jak u Catrice, ale to drobiazg. Konsystencja na 3+ - trochę gęsty i smużący, więc potrzeba staranności, żeby pociągnięcia pędzelka widoczne po wyschnięciu były równe. 




Efekt duochromowy jest dość wyraźny, ale na paznokciu nie rozwijają się wszystkie widoczne w butelce odcienie. Nie ma po prostu takiego zagięcia powierzchni, żeby zobaczyć niebieski, czy nawet granatowy kolor, który widać dokładnie przy kątach buteleczki. 




Nie jest to może mój ulubiony lakier, ale gdy mam ochotę pogapić się na swoje paznokcie - jest idealny :D




sobota, 15 września 2012

O tym, jak zwieńczyłam dwutygodniowy pobyt na praktykach ;)

Na targi Beauty Forum & Spa wybierałam się już od maja lub czerwca, bilet kupiłam w przedsprzedaży i od dawna wiedziałam, co będę robiła 15. września.

Zacznę może od tego, jak na targi się dostałam :D Mile zaskoczyła mnie naprawdę niezła organizacja imprezy - z centrum Warszawy do hali, gdzie wszystko się odbywało, kursuje co pół godziny autobus. Jest to spore ułatwienie dla niezmotoryzowanych.

Drugim przyjemnym akcentem były zniżki studenckie - normalny bilet wstępu na jeden dzień kosztuje 27zł, a studencki - 9zł. Zawsze ciepło wspominam organizatorów, którzy uwzględniają istnienie na świecie niepracujących, a uczących się młodych ludzi :D

I wreszcie trzecia rzecz, najważniejsza - na targach pojawić się miały najważniejsze dla mnie lakierowe firmy - China Glaze, Essie, Opi i Jessica, której kolekcja jesienna mnie absolutnie zauroczyła.

Niemal na wejściu było stoisko Peggy Sage:


Od razu chciałabym przeprosić za niezbyt interesujące zdjęcia, ale tłum był tak dziki, a wszystko tak ciasno upakowane, że trudno było się zatrzymywać, żeby wybrać dobry widok. Postaram się nadrobić opisem ;)

Peggy Sage ustawiła naprawdę pokaźne i bogate stoisko. Całość zastawiona była parawanem, więc przypominała nieco mały sklepik. Duży wybór chyba wszystkiego, co ta firma produkuje - od kolorówki, aż do kosmetyków pielęgnacyjnych. Mnie interesowała szafa z lakierami:


Wybór naprawdę spory. Zarówno bazówki, jak i wszelakich limitowanych kolekcji typu cracki, holo i magnetixy. Nic mnie niestety nie porwało i po dość długim przeglądaniu wyszłam z niczym. 

Dalsze alejki były pełne przede wszystkim kosmetyków do pielęgnacji ciała, sprzętu do salonów spa oraz odzieży branżowej i akcesoriów dla kosmetyczek. Z tej części hali kupiłam sobie tylko pędzelek do cieni Maestro, bo nie sposób było się im oprzeć, kiedy sprzedawane były po 10zł ;)
Lakiery były w dwóch ostatnich rzędach ;)



Oto wrota do raju :D Alejka ze stoiskami Orly, Opi, Jessica i innych.U Orly obkupiłam się najbardziej - trzy miniaturki lakierów osłodziły mi na końcu zwiedzania fakt, że niespecjalnie cokolwiek chwyciło mnie za serce (czytaj: portfel). 




Stoisko Opi było dla mnie rozczarowaniem. Wejście zagrodzone było łańcuszkiem, a jedna z hostess pilnowała, by wewnątrz nie było zbyt wielkiego tłoku. Dość wygodne rozwiązanie, gdyby nie fakt, że czułam się przez to trochę nieproszonym gościem. Zawartość półek też nie powalała na kolana - ceny w granicach 30zł za ciekawsze wzory, mało kolorów spoza kremowej bazówki. Niczego nie wzięłam nawet do ręki, żeby się zastanowić nad kupnem. 





Z kolei kącik firmy Jessica początkowo wzbudził mój zachwyt i przekonana byłam, że zostawię tam swoje pieniądze, a ostatecznie wychodziłam z targów z niesmakiem na wspomnienie próby zakupów tam :D 
Jadąc na targi miałam plan kupić lakiery Pumpkin Delight albo Gingersnap z najnowszej kolekcji. Cena na targach - 28zł. Wcale nie mało, ale co tam - miewałam droższe lakiery, a te są śliczne. Okazało się jednak, że nie da się kupić pojedynczego lakieru z tej kolekcji -.- Sprzedawane były tylko w komplecie z innymi lakierami, za bagatela 150zł. Dziękuję, postoję.
Ponadto - koleżance, która kupowała miniaturkę innego lakieru (18zł za 5ml :/) ekspedientka oświadczyła, że nie gwarantuje, że lakier będzie się trzymał bez bazy, którą można u nich kupić za kolejne 18zł. Ja dziękuję za lakier, który nie trzyma się bez super hiper bazy. Ściema jak nie wiem co, a targi podobno dla profesjonalistów. 

Wyszło więc na to, że z targów wyjechałam bogatsza o trzy miniaturki Orly (Oui, Ingenuene, Nite Owl) i kropelki wysuszające Nail Teka, które chyba okażą się niewypałem roku. Dam im jeszcze szansę, ale czarno to widzę. Lakiery za to na pewno pokażę, bo całkiem jestem z nich zadowolona. ;) 

Żałuję, że baardzo mało było China Glaze - liczyłam, że obejrzę na żywo brokaty z kolekcji Safari i nic z tego nie wyszło. Chinki przywiozło tylko Beauty Flo, które niezbyt postarało się o bogactwo wyboru. Zabrakło też Barielle, które było zapowiedziane w materiałach przed targami. Mam nadzieję, że pojawią się na październikowej imprezie. 

Po zakończeniu zwiedzania powstał spontaniczny pomysł przejrzenia łupów w domu jednej z lakierholiczek, który to mini-zlot wyglądał tak:




Składam już fundusze na październik ;) 

Color Club - Love'm Leave'm

Daaawno nic nie pisałam. Kajam się, ale mam usprawiedliwienie - przez dwa tygodnie sumiennie pracowałam na praktykach i wracałam do domu padając ze zmęczenia. Nie bez satysfakcji :)

Dzisiejsza notka zawiera duuużo zdjęć, bo złapałam w holograficzne drobinki świetne światło i nie umiałam zdecydować, które fotki wyrzucić.
Pokażę lakier, który od dwóch tygodni gości na moich paznokciach i znakomicie spełnia rolę całkiem ciekawego nudziarza ;)

Oto holograficzny Love'm Leave'm od Color Club:




Bazą jest beż leciutko wpadający w róż - dość neutralny kolor, który powinien pasować wielu osobom. W ładnie kryjącej bazie zatopione są holo drobinki. W ostrym słońcu efekt jest bardzo wyraźny, natomiast w średnio intensywnym świetle lakier wygląda jak ziarnisty, dziwnie mieniący się. 




Bez bezpośrednio padającego oświetlenia - taki sobie dość "twarzowy" nudziak z jakimiś drobinkami. Ładny, neutralny, ale nic wielkiego ;)




W słońcu doskonale za to widać jego czar i urok. Efekt holo jest rozproszony. 

Jeszcze zdjęcie w słabszym świetle:




Niechlubnym zwyczajem lakierów holograficznych jest ich marna trwałość. Standardowo już lakiery trzymają się u mnie około 2 dni (3 to już duże zaskoczenie!), ale ten potrafi zetrzeć się na końcówkach już po jednym dniu. Gdyby nie fakt, że jest łatwy w nakładaniu ciężko byłoby mi to znieść. 




No bo właśnie - przy malowaniu nie stwarza problemów. Nie za gruby pędzelek, średnio gęsta konsystencja i ładnie poziomujące się i stapiające warstwy. Nie ma na co narzekać. Jedyne co to irytują mnie powstające przy malowaniu grudeczki - muszę na nie zastosować patent polecony przez koleżankę-anonimową lakieroholiczkę, czyli czyszczenie szyjki butelki i pędzelka. Być może winą są właśnie zaschnięte grudki lakieru na szyjce.




Zakochałam się w holograficznych lakierach i ostrzę już zęby na podobny od China Glaze z kolekcji Kaleidoscope ;)

środa, 5 września 2012

Sally Hansen Salon Manicure Cuticle Eraser + Balm

Postanowiłam się z Wami podzielić moją opinią na temat niedawno odkrytego przeze mnie absolutnie rewelacyjnego masełka/balsamu do skórek firmy Sally Hansen.



Niewielką ilość balsamu należy powoli i dokładnie wsmarować i już po chwili można się cieszyć pięknymi, wygładzonymi skórkami - działa dokładnie tak, jak obiecuje producent. Dla utrzymania efektu wystarczy używać balsamu raz dziennie.


Dodatkową zaletą balsamu jest jego piękny, świeży zapach, chyba melonowy :D Balsam dosyć szybko się wchłania, jeśli nie użyjemy go za dużo, lecz po aplikacji przez chwilę palce którymi się go wciera są trochę lepkie, ale mi osobiście to jakoś szczególnie nie przeszkadza.

Balsam kosztuje 39 zł i można go kupić np. w perfumeriach Sephora.

sobota, 1 września 2012

Douglas Absolute Nails - Glamorous

Lakiery marki własnej Douglasa wyglądają ekskluzywnie, są całkiem niezłej jakości, a przy okazji kosztują bardzo rozsądnie - 25zł za buteleczkę, a w promocjach - nawet 12zł.
Buteleczki do złudzenia przypominają te Chanel (również przez wykorzystanie pomysłu na zdejmowaną obsadkę nakrętki), co mile łechce moje oczy - a jak wiadomo jestem straszną sroką :)




Glamorous kupiłam, kiedy to zrezygnowana szukaniem odcienia Fireworks postanowilam jednak sobie coś kupić ;) Nie żałuję, bo Glamorous to odcień wyjątkowy. 




Mam wrażenie, że niedużo jest na rynku odcieni zieleni, które nie byłyby odrobinę chociaż ciepłe. Tu mamy do czynienia z odmianą zimną, niemal srebrzystą. Dodajmy do tego wykończenie typu frost i mamy idealny lakier na zimę. 




Douglas robi naprawdę dobre lakiery. Dość gęste, ale nie ciągnące, czy robiące smugi. Dobrze kryją - gdyby się postarać wystarczy jedna staranna warstwa do pełnego krycia. 
Pędzelek jest szeroki, ale ostro ścięty na brzegach, co mnie utrudnia manewrowanie po bokach skórek. 




Mam tragiczne skórki, wiem :/ Wynik ostatniego stresującego okresu w życiu, ale już nad nimi pracuję. 
Do tej pory miałam ten lakier tylko na stopach i spisał się świetnie - 3 tygodni schludnego wyglądu i naprawdę oryginalny pedicure, bo niewiele widzę na stopach lakierów, które mają wykończenie inne niż kremowe. A szkoda ;)




Jedyne, co może w nim drażnić to widoczne pociągnięcia pędzelka. Mimo, że lakier poziomuje się naprawdę przyzwoicie to i tak warto zwrócić baczniejszą uwagę, żeby potem nie denerwować się smugami. Taki już urok frostów ;)

sobota, 25 sierpnia 2012

H&M - Golden treasure

Jaaa, ale ten lakier jest dziwny! Lubię zakupy w H&M i lubię złote lakiery - powinien być strzałem w dziesiątkę, a mnie on nie pasi kompletnie. Nie żeby był nieładny, co to to nie. Po prostu jest tak nietypowo zloty, że chyba po prostu muszę się z nim oswoić ;)




Lakier w sumie można uznać za delikatnego duochroma. Na tym zdjęciu wyszedł lekko brązowo, ale potrafi dawać też zielonkawą poświatę, który to właśnie efekt tak mnie onieśmiela :D Nie jest to jednak kopia Peridota - efekt jest subtelny i mocno zależy od jasności oświetlenia, a nie kąta padania światła. Przy okazji trzeba powiedzieć, że jest to ładny, metaliczny lakier - frost powiedziałabym.




Dziwny, prawda? ;)
Gdybym nie była tak kulturalna jak jestem, powiedziałabym, że to kolor z grupy "sraczkowatych" :D Ale nie powiem ;)




Konsystencja jak to w lakierach H&Mu - super. Fajnie się nim maluje, bo nie gęstnieje na pędzelku. Nawet nie bardzo przeszkadza mi, że to frost, na którym widać pociągnięcia pędzelka. 




Przyznaję, że wyszedł na zdjęciach mniej zielono niż w rzeczywistości :) A może to ja jestem do niego taka uprzedzona? Będę go używać na pewno, bo ciekawy jest skubaniec i chociaż dla samych zaciekawionych spojrzeń czasem go użyję, ale mam zagwozdkę czy mi się podoba, czy nie ;)



Opi - Here Today... Aragon Tomorrow

Od lakieru Opi rozpoczęła się moja lakieromaniacka przygoda. Kupiłam wtedy Road House Blues i miałam poczucie odrobiny luksusu w ręku. Kilka miesięcy później moja lakierowa kolekcja urosła do prawie 60ciu sztuk i lakiery Opi nie robią już na mnie takiego wrażenia. Wiem już mniej więcej co lubię, jakich kolorów poszukuję i jakoś tak wychodzi, że kolekcje Opi mnie nie porywają. Za mało drobinek :D Są natomiast dwa takie lakiery, które uwielbiam i mieć musiałam, bo są absolutnie wyjątkowe, choć gorzko przyznam, że w tej wyjątkowości mieści się również ich ponadprzeciętna skłonność do odpryskiwania w rekordowym czasie.

Mowa o kolekcji welurowej - Suede, gdzie Opi zrobiło nowe wersje swoich wcześniejszych lakierów, tym razem jako maty. Miałam okazję wypróbować trzy: Russian Navy, którego już nie mam, bo nie byłam przekonana do koloru, You don't know Jacques oraz lakier z tytułu tej notki - Here today... Aragon tomorrow.




Pierwszy Aragon był prawie czarną ciemną zielenią, a welurowy jest sporo jaśniejszą i w dodatku z drobinkami. Trudno uwierzyć, że są swoimi odpowiednikami. To samo można z resztą powiedzieć o całej reszcie kolekcji Suede, choć nie jest to wadą, bo moim zdaniem jest ona ładniejsza niż pierwowzory. 




Miałam okazję już kilka razy się nim malować, więc i o trwałości, czy ogólnym komforcie używania mogę co nieco napisać. 
Lakier fajnie się rozprowadza i w przeciwieństwie do dwóch pozostałych welurowców nie zastyga w czasie malowania. Spokojnie da się nanieść na nim poprawki i można nawet mówić o delikatnym poziomowaniu czy wyrównywaniu się samodzielnym lakieru. To najlepszy według mnie lakier z tej kolekcji. 




Robiąc zdjęcia innych lakierów i teraz patrząc na to jestem trochę wstrząśnięta, że lakier wygląda tak... płasko :D Nie jestem zadowolona, że tak tu wyszedł, ale zostawiłam tę fotkę, bo dobrze jest na niej oddany kolor. Naprawdę fajna, lekko butelkowa zieleń. 




Lakier na paznokciach wygląda bardzo szykownie - przyciąga uwagę, bo jest niecodzienny. 
Niestety - raczej na jednorazowe wyjścia i to wyłącznie wtedy, gdy do torebki wrzucimy butelkę, żeby w razie odprysku zrobić poprawkę. Trwałość bowiem jest bardzo mizerna - odpryskuje w ciągu kilku godzin przy nieostrożnym obchodzeniu się z dłońmi. Zapomnijmy więc, że przetrwa jakieś intensywne zajęcia wymagające używania rąk. Wynagradza to do pewnego stopnia fakt, że schnie błyskawicznie - w ciągu kilkunastu sekund matowieje i jest suchy,więc wspomniane poprawki są jak najbardziej możliwe. 




Dorzucę kiedyś jeszcze zdjęcia, jak ładnie wygląda z nabłyszczającym topem ;) 






środa, 22 sierpnia 2012

Colour Alike - Fifa-Rafa #208

edit!!! Lakier wreszcie dorobił się swojej nazwy, której zupełnie nieskromną pomysłodawczynią jestem ja :D Duma mnie rozpiera, dziecko moje :D


Jadąc na lakieromaniacki zlot Klubu Lakieroholiczek zaimportowałam do Warszawy Błyskotekę od Colour Alike. Z całej kolekcji co prawda tylko ten podbił moje serce na tyle, żebym koniecznie chciała go mieć, ale w zasadzie cała Błyskoteka bardzo mi się podoba. :)




Odcień 208 (niech już ktoś wymyśli mu oficjalną nazwę :D) najlepiej widać w butelce. Mam chyba za płaskie paznokcie i za słaby pstrykacz zdjęć (bo aparatem go nie nazwę), żeby można było uchwycić zmiany kolorów. W każdym razie lakier zmienia kolor z turkusowego do niebieskiego, a drobinki mienią się od niebieskich do fioletowych i jak widać - również zielonkawo-złotych. Cudo ;)




Lakier na paznokciach jest w jaskrawym odcieniu niebieskiego. To taki lazur. Nie wiem, czy do końca zgrywa się z kolorem mojej skóry, ale jest tak efektowny, że kwestia dopasowania schodzi na dalszy plan. 
Drobinki są wyraźne, nawet dość grube i nadają mu mocno dyskotekowy wygląd. Nie pomalowałabym się nim na rozmowę kwalifikacyjną do pracy :D




Konsystencja świetna - rozprowadza się łatwo, jest w miarę rzadki, a do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy. 
Jest kilka lakierów, z którymi mi się on kojarzy i kiedyś zrobię notkę porównawczą :)




Nie umiem na płytce paznokcia uchwycić zmian kolorów, ale przyznać muszę, że nie są one po pomalowaniu spektakularne. Jak zwykle - wszystko lepiej wygląda w butelce ;) 
Mimo wszystko jednak zastanawiam się jeszcze nad jednym lakierem z tej kolekcji, bo przypadły mi do gustu te Błyskoteki ;) 







poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Yves Rocher - Rouge Groseille

I już ostatnia z czerwieni.

Lakier kupiony absolutnym przypadkiem, kiedy to chcieliśmy z TŻtem wykorzystać zniżkę w Yves Rocher i trzeba było wybrać cokolwiek za co najmniej 10zł. Lakier kosztował 11 i gdyby nie fakt, że nie było zupełnie nic innego, co bym z tego sklepu chciała to nigdy w życiu bym 3ml lakieru za tyle pieniędzy nie kupiła. Droga impreza przeliczając na złotówkę za mililitr :D





Powiedzmy sobie szczerze - lakier jak lakier ;) Nic specjalnego prawdę powiedziawszy, ale z ręką na sercu przyznaję się, że do zwykłych czerwieni serca nie mam, więc i pisać nie będę za dużo. 




Lakier jest w odcieniu malinowej czerwieni. Wykończenie ma półkremowe powiedziałabym - dość lekko wygląda na paznokciu, jak galaretka, ale kryje nieźle i do typowych żelków zaliczyć go nie można. 





Do pełnego krycia wystarczają dwie warstwy. Lakier jako tako pozwala robić na sobie poprawki, czyli nie rozmazuje się po całej okolicy. 

No nie ma co za dużo o nim pisać ;) Nie porywa mnie, jeszcze nigdy go nie nosiłam. Podoba się za to mojej mamie, więc może jakoś sobie z tymi 3ml poradzimy :D





Catrice - Pimp my shrimp

Uwielbiam tę nazwę :D Trzeba przyznać, że jest całkiem trafiona, bo ten lakier może się z krewetką skojarzyć ;)




Drażni mnie okrutnie, jak wycierają się napisy na butelkach Catrice. Żadne inne lakiery mi się tak nie niszczą, a te używane są rzadko i już 2 z nich mają nieczytelne napisy. 

Wracając jednak do zawartości...




Krewetka to pastelowy koral. Kolor, jakich w tym sezonie było mnóstwo i firmy prześcigały się w wypuszczaniu kolekcji z tym odcieniem. Ładny jest, nie powiem ;) Na pewno świetnie wyglądałby na opalonej skórze. 




Wykończenie jest kremowe, a lakier nieźle się rozprowadza. Do pełnego krycia potrzebne były dwie warstwy, ale za to grube - pewnie najlepiej wyglądałby z trzema cieńszymi. Jest trochę gęstawy - nie lubię tego. Mam z resztą uraz, bo śliczny pastelowy pomarańcz, również od Catrice, haniebnie mi zgluciał i wymagał ratowania Poshe Revive. Pomogło niby, ale niesmak pozostał :D




Duży plusik należy mu się na pewno za pędzelek, który po nabraniu odrobiny wprawy okazuje się być zdecydowanie lepszy niż w droższych lakierach. 




Lato się kończy, a ja muszę chwilowo odstawić szalone lakiery i wychodzi na to, że wrócę do nich dopiero w przyszłym roku :( Jakoś jesienią nie w głowie mi soczyste pomarańcze i korale :)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...